Wszystkie wpisy wg Piotr Kak

Postacie Tarnogóry

Rozpoczynamy cykl artykułów poświęconych ludziom związanym z Tarnogórą. Proszę przysyłajcie materiały (zdjęcia, filmy, opisy), będę je tutaj zamieszczał.

Człowiek swoim życiem i pracą zasługuje na pamięć, nie wszyscy muszą być na pierwszych stronach gazet, heroizm życia codziennego jest często daleko bardziej godny szacunku niż pstre wygłupy celebrytów.

Cykl artykułów zaczynam od przedstawienia postaci, którą dobrze znałem, człowiek ten był moim ojcem. Będzie to więc opowieść nie pozbawiona subiektywnej nuty, mam jednak nadzieję, że opis będzie rzetelny. Ostatnie klatki filmu z Jego udziałem, zatrzymały się na roku 1982. Akurat dzisiaj mija 32. rocznica Jego śmierci, więc jest to dobra okazja żeby o nim wspomnieć.


SP9-AAJ „Silent Key”

tata0013Władysław Kak urodził się w Tarnogórze 26. lipca 1943 roku, jako najstarszy syn Franciszka i Leontyny Kak (z d. Jakubowskiej). Imię odziedziczył po Naczelniku Polskich Sił Zbrojnych Władysławie Sikorskim, który zginął 22 dni wcześniej w katastrofie lotniczej na Gibraltarze. Pierwsze lata szkolne spędził w Tarnogórze, gdzie uczęszczał do szkoły powszechnej, jak sam wspominał, ówczesnym kierownikiem był niejaki Wróbel, któremu uczniowie płatali różne figle.

Po zakończeniu tego etapu edukacji rozpoczął naukę w szkole zawodowej w Nowej Sarzynie, do której codziennie dojeżdżał na rowerze, właśnie wtedy poważnie zachorował, a pozostałością po chorobie było trwałe uszkodzenie mięśnia sercowego. CZYTAJ DALEJ

Historia pewnego samolotu…

W dniach 21- 25 kwietnia 2013 przebywała w Tarnogórze   rodzina dowódcy załogi  Halifaxa JP 224 – Thomasa Storeya: żona – Rita Storey, oraz córki: Pat Bowskill, Jeniffer Elkin,  Susan Hayhurst Storey, wizyta ta była kontynuacją tego co się zdarzyło 69 lat temu …. a mianowicie …

Ciężki bombowiec RAF’u HP Halifax

Na lotnisku Campo Cassale samolot Halifax JP 224 startuje w swój rejs do okupowanej Polski – jest niedziela 23 kwietnia 1944 roku, godzina 19:20. Załogę czeka przynajmniej dziesięciogodzinny lot z zaopatrzeniem dla partyzantów z Okręgu Lubelskiego Armii Krajowej – zrzut ma nastąpić na placówkę „Klacz” – 7 km od  Opola Lubelskiego. Dla załogi Halifaxa  JP 224  jest to lot jak jeden z wielu, latają z zaopatrzeniem dla partyzantów z całej Europy, bez przerwy ryzykują , nie wiedzą jednak, że lot ten będzie ostatni……. Załoga samolotu była doświadczona i zgrana, wojna trwała już kilka lat, ci młodzi ludzie wiele widzieli i doświadczyli, nie wiedzieli o jednym, że za kilka godzin czekają ich przeżycia które odcisną się piętnem na całe ich późniejsze życie!

Czytaj dalej…

 

Podróż sentymentalna

SONY DSCW dniach 21.04 – 25.04.2013 roku w Tarnogórze przebywały – żona Rita i trzy córki Pat, Susane i Jenifer jednego z lotników – Toma Storey’a, ratującego się 69 lat wcześniej skokiem na spadochronie z bombowca RAF’u, który chwilę potem rozbił się na Błoniach, opodal zagród mieszkańców wsi. On i trzej inni, dzięki ofiarności i odwadze miejscowej ludności oraz partyzantów spod znaku BCh, zostali przerzuceni, najpierw za San, potem do Kijowa a stamtąd już do domu, do Anglii. Jak powiedziała wzruszona jedna z córek „…gdyby Tarnogórzanie wtedy nie pomogli ojcu, ich nie byłoby na świecie”. Przedstawiamy fotorepotaż z pobytu Angielek, zapraszamy do oglądania. KLIKNIJ TUTAJ

Okiem miastowego…

Witajcie. Mój ojciec urodził się w Tarnogórze. Wsi położonej pomiędzy Leżajskiem i Stalową Wolą. Wsi, która jest inna niż wszystkie pozostałe, bo pamięta czasy mojego taty, dziadka i reszty przodków, dzięki którym jestem na świecie. Jeszcze do niedawna głębokie lasy na zachodnim horyzoncie, przedzielone były pasem zbóż, wyjazdy „w pole” stanowiły stały akcent dni, a pełne gwaru Błonia, Czysta i Ług w których chętnie przeglądało się słońce, były miejscami do których zawsze wracałem rzewną myślą, i z tą jakąś dziecinną niecierpliwością odliczałem dni między „tu i teraz” a zapachem domowego masła, które babcia wyrabiała w maśniczce. Potem pamiętam szalone loty jaskółek, niepokojone przez babcię a potem Edka mojego stryja i przyjaciela, kiedy to wieczorną porą zachodzili do obory żeby wydoić krowy. Białe mleko, tłuste masło, zapach lipowego kwiatu i święci na ścianach oświetlani słabym światłem żarówek, to towarzysze moich wakacyjnych przyjazdów, w czasach kiedy wszystko było takie proste. Potem umarł tata, potem babcia, potem umarł dziadek, odprowadzany na cmentarz w siarczysty mróz, przy wtórze syrem strażackich, bo odprowadzali go koledzy, z którymi niejeden pożar kiedyś gasił. Zniknęły kłosy i konie, gęsi przestały same wracać z pastwisk do domów, pojawiły się inwestycje, biznes i marketing, ale kiedy idzie się polną drogą w kierunki „gajówki Sitarza”, słychać dalej to samo zawodzenie wiatru, pośród stepu okraszonego krzakami Czeremchy, tak jak wtedy w latach mojej młodości.

Piotr Kak